PARTNER PORTALU
partner portalu partner portalu partner portalu

Jak dentysta na wojnę z NFZ poszedł i co z tego wyniknie

Autor: miro • Źródło: ms
08-05-2017, 07:54
Jak dentysta na wojnę z NFZ poszedł i co z tego wyniknie Totalne zniszczenie świadczeniodawcy? (foto: pixabay)
Co skutecznie podnosi adrenalinę? Skok na bungee, jazda pod prąd autostradą z prędkością zdecydowanie trzycyfrową, a może pływanie synchroniczne w basenie pełnym żarłaczy białych? Dla poszukujących ekstremalnych doznań jest coś jeszcze bardziej ekscytującego. Wystarczy być lekarzem lub lekarzem dentystą i próbować leczyć chorych ubezpieczonych w NFZ zgodnie z kodeksem etyki lekarskiej oraz z aktualnym stanem wiedzy medycznej.

Materiał kościozastępczy - kością niezgody
Wiedzą o tym doskonale lekarze wypisujący recepty „refundowane” według wskazań opartych na najmocniejszych dowodach dostarczonych przez współczesną medycynę. Wie o tym specjalista chirurgii stomatologicznej Grzegorz Skrzypek, który leczy pacjentów najlepiej jak potrafi, a potrafi wiele, niestety. „Wiele” - w tym przypadku stało się źródłem problemów stomatologa. Wypełniany sumiennie obowiązek ustawicznego kształcenia doprowadził Grzegorza Skrzypka do pewności, że optymalną metodą leczenia, najlepiej służącą pacjentom, jest socket preservation - metoda zapobiegania zanikowi wyrostka zębodołowego przez założenie biomateriału, po wykonaniu ekstrakcji zęba bezpośrednio w zębodole. Metodę tę polecają autorytety medyczne m.in. prof. zw. dr hab. n. med. Mansur Rahnama konsultant krajowy z zakresu chirurgii stomatologicznej uznając ją za nowoczesną i dającą doskonale rezultaty.

Grzegorz Skrzypek zaczął zatem biomateriały z powodzeniem stosować.

Pomiędzy zadowolenie leczonych osób, a satysfakcję Grzegorza Skrzypka wdarli się urzędnicy NFZ. Ich werdykt był porażający: dentysta nie miał prawa stosować metod leczenia zgodnych z najlepszą wiedzą medyczną, bo jest to niezgodne z regulacjami NFZ, a skoro to uczynił - musi zwrócić środki za już wykonane zabiegi i ponieść karę finansową wyliczoną łącznie na ok. 150 tys. zł. Z odsetkami ściągnięto z konta Grzegorza Skrzypka 190 tys. zł.

O stanowisko w tej sprawie infoDENT24.pl zwrócił się do NFZ, prezentujemy go w całości w materiale "Dlaczego NFZ ściągnął od dentysty prawie 190 tys. zł".

   „Nie oczekuję obrony mojej osoby, ale obrony pewnej idei, którą mają na sztandarach złotouści decydenci, pomimo że postępują wbrew tej idei".

Przyczyn takiego kuriozalnego osądu jest kilka
Po pierwsze: chodzi o pacjenta swoistego, a mianowicie pacjenta z pieczęcią NFZ, a taki pacjent leczony może być tylko według procedur zaakceptowanych przez ministra zdrowia i urzędników Funduszu, a w zestawie zaaprobowanych procedur (a dokładnie materiałów) nie ma materiału kościozastępczego.
Po drugie: pacjentowi z pieczęcią NFZ nie można zaproponować kontynuacji leczenia, o ile kontynuacja ta nie jest uwzględniona w koszyku świadczeń gwarantowanych.
Po trzecie: do końca nie jest wiadomo na co prawo pozwala - w przypadku pacjenta z pieczęcią NFZ. Złe to prawo, które wymaga zawiłego tłumaczenia na czym polegają meandry obowiązujących przepisów. Okólniki interpretacje nie są zazwyczaj spójne, co gorsza, bywa, że się wzajemnie wykluczają.
Po czwarte: pacjent z pieczęcią NFZ jest przez publicznego płatnika traktowany nie jako żywa osoba, potrzebująca pomocy, a jako cyferka w statystycznych sprawozdaniach. Jak bowiem nazwać sytuację, w której Fundusz uniemożliwia wdrożenie skutecznych procedur leczenia. Przy czym, w przypadku zabiegów realizowanych przez Grzegorza Skrzypka, NFZ nie był „naciągany na kasę”.

   „Moim zdaniem medycyna jest jedna, nie może być etyki dla NFZ oraz innej - dla chorych leczonych prywatnie. To dyskryminacja. Większość członków izby lekarskiej to osoby współpracujące z NFZ, czy to na kontrakcie, czy w stosunku pracy, wszyscy mają zapomnieć o etyce i o zwykłej ludzkiej przyzwoitości, bo płatnik tak chce”.

Dentysta nie obciążał finansów NFZ kosztem „ponadstandardowych” procedur. Płacili za nie pacjenci z własnej kieszeni. W zasadzie chodzi tylko o czas, który dentysta pożytkował na wdrożenie dodatkowej procedury, czas w którym mógłby teoretycznie przyjąć kolejnego pacjenta z pieczęcią NFZ. Oczywiście są to rozważania czysto teoretyczne, gdyż wąskim gardłem nie jest dostępność dentysty dla pacjenta, a mizerna wielkość kontraktów, skutecznie blokująca dostęp pacjentom NFZ do leczenia stomatologicznego. Kiepski jest pożytek z dentysty, który siedzi w gabinecie stomatologicznym i czeka na pacjentów, ale ich nie może leczyć, bo limit „na Fundusz” już dawno temu się wyczerpał.

Stosowane biomateriałów pozwala na ewidentne oszczędności po stronie zarówno NFZ, jak i ZUS. Rany goją się szybciej, chory nie odczuwa dotkliwego bólu. Zmniejsza się ryzyko powikłań i hospitalizacji. Zdecydowanie mniej powstaje np. przetok zatokowo - ustnych lub zapaleń kości. W efekcie krótszy jest okres niezdolności do pracy. Mniejsze kwoty trzeba przeznaczać na wypłatę zasiłków chorobowych.

To sytuacja frustrująca dla dentysty, pacjenta i …urzędników NFZ, którzy pewnie doskonale zdają sobie sprawę, że działają w niesłusznej sprawie. Frustracja Funduszu jest tak duża, iż postanowił zrekompensować sobie straty moralne, obciążając Grzegorza Skrzypka karą finansową oraz zwrotem kosztów zabiegów usunięcia zębów, torbieli - jeśli powstałe ubytki kostne były regenerowane biomateriałem. 190 tys. zł dużo to, czy mało. Dla dentysty kwota niebotyczna, gdyż musi on zgromadzić i przekazać Funduszowi pieniądze, których nie przywłaszczył. Dla NFZ bez znaczenia, ale cieszy, gdyż byłby to niespodziewany, dodatkowy dochód.

   „W opinii wielu prawników NFZ łamie  swoimi zarządzeniami prawo m.in ustawę o leczeniu z wykorzystaniem środków publicznych, a terroryzując lekarzy karami zmusza ich do działania na szkodę chorych”.

Nieprawdopodobne? Ale zgodne z regulacjami  stanowionymi przez NFZ
Fundusz może żądać zwrotu kosztu zakwestionowanych procedur, nawet wówczas, gdy zostały należycie wykonane, a co za tym idzie nie może być mowy o jakiejkolwiek stracie po stronie publicznego płatnika. Musi być kara, skoro bezpośrednio po wykonanym leczeniu w ramach NFZ nastąpiło leczenie komercyjne (cóż z tego, że tylko taka sekwencja zdarzeń jest racjonalna, a w zasadzie jedynie uprawniona - biorąc pod uwagę sztukę medyczną).

Dla czytelności obrazu, NFZ chciałby, aby pacjent po ekstrakcji umówił się na założenie materiału kościozastępczego w innym terminie, poza „kontraktowymi” godzinami pracy gabinetu dentystycznego. Oczywiście takie postępowanie nie jest możliwe do wdrożenia, ze względu na wskazania medyczne. Biomaterial należy wprowadzić w ranę  bezpośrednio po ekstrakcji zęba lub usunięciu torbieli. Czy zatem kara 190 tys. zł jest być może represją za to, że dentysta konsekwentnie nie chciał hołdować „złotej zasadzie” rozdzielności pracy na NFZ i pracy poza kontraktem, pozostając wierny wskazaniom medycznym i kodeksowi etyki lekarskiej?

Chory, który utracił przednie zęby w efekcie np. resekcji wierzchołka  i usunięcia torbieli, bo nie zastosowano biomateriału, może mieć słuszne roszczenia do tego modelu terapii. Zostanie bowiem okaleczony na całe życie (procedury odtwórcze są niebywale drogie).

NFZ próbuje sprowadzić stosowanie biomateriałów jedynie do odtwarzania kości przed wszczepieniem implantów. Tymczasem kość jest strukturą krytyczną dla całego układu stomatognatycznego. Bez tej niejako strategicznej tkanki praca periodontologów, protetyków przynosi gorsze rezultaty. Efekt terapii przede wszystkim może rozczarować chorych.

NFZ może "zdjąć" pieniądze za zdjęcia
Stosowanie biomateriałów nie jest zresztą jedyną kością niezgody. Podobnie NFZ potraktował zdjęcia RVG, które wykonywano w trakcie leczenia pacjentów. Dwa z nich, realizowane w ciągu roku, były rozliczane zgodnie z regulacjami sygnowanymi przez Fundusz. Za kolejne (konieczne z uwagi na przebieg procesu leczenia) płacili już pacjenci. W tym przypadku są dwie kwestie sporne. Po pierwsze fakt, że wykonywano zdjęcia RVG a nie, zapisane w koszyku świadczeń gwarantowanych, RTG. Po drugie ich liczba - przekraczała dopuszczalne dwie ekspozycje.

Grzegorz Skrzypek, co prawda rozliczał się z NFZ tylko z dwóch zdjęć (zgodnie ze standardami Funduszu), jednak urzędnicy zauważyli, że RTG to nie RVG, a więc taka usługa nie przysługuje pacjentom. W ramach retorsji pozbawiono dentystę nie tylko kwot związanych z wykonaniem zdjęć RVG, ale także pieniędzy za zabiegi, do wykonania których niezbędna była analiza radiograficzna. Przyjęcie takiej konwencji umożliwiło zebranie dentyście każdorazowo po kilkaset złotych za wykonane zabiegi, a to pod pretekstem wykonania „nieuprawnionych”  zdjęć.

Szczególnie kuriozalnym jest zakaz łączenia procedur komercyjnych z refundowanymi w przypadku zdjęć RTG. Technologię tą zastępuje RVG, ale urzędnikom to umknęło z pola widzenia i nie widzą różnicy pomiędzy tymi sposobami obrazowania radiologicznego. Nie to stanowi największy problem. Jest nim ograniczenie liczby wykonywanych badań radiologicznych do dwóch zdjęć wewnątrzustnych w ciągu 12 miesięcy.

Zachodzi często konieczność, konieczność niemożliwa do przewidzenia z góry, że u chorych podczas trwającego już zabiegu chirurgicznego „na NFZ” należy wykonać trzecie zdjęcie.

Prosta sekwencja zdarzeń:
- usuwana druga ósemka,
- wykonywane drugie zdjęcie, w celu ustalenia wskazań do zabiegu,
- łamie się ząb,
- trzeba ustalić dalszy plan zabiegu, a do tego potrzebne jest zdjęcie rtg lub RVG,
- zdjęcia nie wolno wykonać, bo byłoby trzecim, a zatem musiałoby być komercyjnym (nie można przecież łączyć procedur),
- czy zatem chory z naciętym płatem powinien zaczekać 12 miesięcy, aż zgodnie z prawem będzie można mu wykonać kolejne zdjęcie rtg?
- a może tylko powinien zaczekać kilka godzin, aż zostanie przyjęty prywatnie, bo wówczas lekarz dokończy zabieg w ramach procedury prywatnej, no ale co z zasadą odrębności form leczenia?
- a może zszyć ranę i ustawić chorego do listy kolejkowej na miesiąc lub dwa, no ale ze zdjęcia wykonanego prywatnie nie będzie można i tak skorzystać, przecież jest zakaz łączenia świadczeń tzw. komercyjnych z tymi „na NFZ”.

Stosując logikę urzędniczą dentysta w zasadzie zmuszony jest działać podwójnie na szkodę chorego, ze względu na niedokończony zabieg oraz w zasadzie na zbędną ekspozycję na promieniowanie rtg (takiego zdjęcia nie można przecież będzie użyć do zakończenia zabiegu).

   "Mam pytanie, czy pacjenci chcieliby być leczeni zgodnie z zasadami sztuki lekarskiej czy urzędniczej?"

Samotność długodystansowca
Koledzy po fachu nie chcą wypowiadać się w sprawie Grzegorza Skrzypka. Część z nich od dawna zaprzestała realizowania kontraktów  z NFZ, słusznie uznając, że więcej z tego powodu problemów niż korzyści. Część nie chce stąpać po grząskim gruncie, uznając, iż prawa pacjenta do leczenia według najefektywniejszych metod trzeba złożyć w ofierze systemu kreowanemu przez publicznego płatnika. To na nich powoływać się może NFZ, twierdząc, że skoro drogą Grzegorza Skrzypka w zasadzie nikt nie podąża, to trzeba raczej mówić o fanaberiach niepokornego dentysty, niż o chorym systemie, który należałoby zmienić.

Okazuje się, że w nierównej walce o logikę jedynymi sprzymierzeńcami Grzegorza Skrzypka będą sami…oszukani, w imieniu których z dużym samozaparciem występuje NFZ. To pacjenci, którzy decydowali się na „ponadnormatywne” leczenie. W przygotowaniu są pozwy chorych, którzy uważają, że ich prawa, jako pacjentów, zostały naruszone, a to w związku z zakazem łączenia świadczeń gwarantowanych z niegwarantowanymi, co naraziło ich na uszczerbek na zdrowiu. Chorzy poskarżą się także na zmuszanie ich do niekorzystnego rozporządzania mieniem, bo z własnej woli chcieli skorzystać z biomateriałów, a NFZ im to uniemożliwia.

Ich zdaniem NFZ działa bezprawnie, odbierając prawo do otrzymania nieodpłatnie świadczeń (za które de facto zapłacili uiszczając składki na ubezpieczenie zdrowotne) - w sytuacji gdy chcą zregenerować ubytek kostny biomateriałem, za który NFZ nie płaci.

Zagadnienie jest ogólniejszej natury. Jeśli lekarz chciałby się stosować do procedur NFZ, to w przypadku konieczności wykonania czegoś, za co Fundusz nie płaci, powinien pacjenta... w trakcie zabiegu przeprosić i odesłać do domu, nie zwracając uwagi na kodeks etyki lekarskiej. Pacjenci postanowili zatem zapytać sąd o prawną ocenę takiej sytuacji.

Stosowne pozwy powinny zostać wkrótce wniesione, o czym również poinformujemy. 

Trudno o logiczne wytłumaczenie tego typu sytuacji. Być może urzędnikom NFZ potrzebna jest dawka adrenaliny, jakiej doznaje hazardzista, który nie wie czy dzisiaj uda się, czy nie uda się złapać kogoś na wykroczeniu.

Uwaga, znane są mniej szkodliwe społecznie sposoby, zapewniające skok hormonów, można chociażby popływać synchroniczne w basenie pełnym rekinów ludojadów.

Podobał się artykuł? Podziel się!
SŁOWA KLUCZOWE
OW NFZ w Rzeszowie   Grzegorz Skrzypek  

POLECAMY W SERWISACH