Kto i dlaczego powraca do pracy w gabinecie stomatologicznym

ms
09-04-2020, 11:43
Można uznać, że pierwsza dekada kwietnia stała się cezurą, odgraniczającą marcowe, niemal stuprocentowe zamrożenie aktywności gabinetów stomatologicznych od coraz liczniejszych, chociaż wciąż jednostkowych przypadków odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Jest kilka przyczyn tego stanu rzeczy, wszystkie równie ważne –  wskazuje w rozmowie z infoDENT24.pl dr n. med. Dariusz Paluszek, członek Prezydium NRL i wiceprezes ORL w Warszawie.

Tymi przyczynami są:
Po pierwsze
do lekarzy dentystów dotarł jasny sygnał w postaci zaleceń Ministerstwa Zdrowia, z uwzględnieniem jakich procedur bezpieczeństwa, obowiązujących w warunkach pandemii, mogą być realizowane świadczenia stomatologiczne. Bez takich wskazań nikt nie miał odwagi eksperymentować ze zdrowiem swoim i swoich pacjentów.

Po drugie, właściciele gabinetów dentystycznych zaczęli wykorzystywać nieformalne relacje, łączące ich z dystrybutorami środków ochrony higienicznej. Dzięki takim znajomościom zaczęli otrzymywać pierwsze partie deficytowego towaru. Oczywiście, że samymi dobrymi kontaktami nie można wypełnić rynkowej luki, ale powrót do pracy chińskich producentów pozwolił co bardziej obrotnym hurtownikom na wznowienie importu poszukiwanego na świecie asortymentu. Cały czas jest to sytuacja anormalna. Powstały zatem warunki, w których ceny zakupu poszybowały w górę. Mówimy nie o kilku-, nie o kilkunasto- ale o kilkudziesięciokrotnych wzrostach. Światełkiem w tunelu jest fakt, że z tygodnia na tydzień rynek się stabilizuje, a wraz z nim ceny weszły w fazę zniżkową.

Trzecią przyczyną uruchamiania praktyk dentystycznych jest przymus ekonomiczny. Nie zapominajmy, że właściciele zamkniętych lecznic stomatologicznych po stronie dochodu wpisują zero, a po stronie wydatków niewiele mniejszą niż zazwyczaj kwotę. To koszt: rat kredytowych, leasingowych, czynsze, należności za media i płace kilku, nierzadko  kilkunastoosobowej załogi. Tarcza antykryzysowa w zasadzie nie obejmuje dentystów, gdyż praktycznie rzecz ujmując nikt im nie zabrania - jak chociażby fryzjerom - pracować. Nikt jednak nie analizuje czy praca ta jest możliwa do podjęcia z pełną odpowiedzialnością za bezpieczeństwo własne i pacjentów. Być może miesięczny, dwumiesięczny okres bez aktywności zawodowej może przeczekać lekarz dentysta pracujący we własnym gabinecie, natomiast prowadzący wielostanowiskowe lecznice po prostu już teraz muszą zacząć leczyć.

Te trzy elementy sprawiają, że ten kto tylko czuje się na siłach do podjęcia ekstremalnie trudnego wyzwania – wraca do pracy. Znam lekarza dentystę, który literalnie zamknął się w swojej lecznicy. Tam śpi, je i oczywiście przede wszystkim pracuje. Trochę robi to z powinności, ale w nie mniejszym stopniu z odpowiedzialności za byt rodziny. Odizolował się od niej nie chcąc stwarzać zagrożenia dla najbliższych. Desperacja? Być może, ale bardziej szara rzeczywistość zawodu lekarza dentysty.

Tego imperatywu nie rozumieją nawet koleżanki i koledzy lekarze - ci będący pracownikami kontraktowymi. W zasadzie nie muszą oni przyjmować pacjentów, aby ubiegać się o należność od nieformalnego pracodawcy, którym zgodnie z realizowanym kontraktem z reguły jest dyrektor szpitala lub przychodni. Często słyszymy dobrą radę od lekarzy: w takich ekstremalnych warunkach po prostu nie leczcie, chociażby dlatego, że to może później skutkować pozwami, o ile pacjent uzna, że był zaopatrzony w warunkach ocenionych przez niego jako nieodpowiednie. Fakt, teraz płyną zewsząd zapewnienia o tym, iż mamy sytuację wyjątkową, wobec tego nie może być mowy o obawach co do odpowiedzialności za ewentualne uchybienia. To są jednak tylko zapewnienia bez żadnej mocy prawnej.

Tak, lekarze dentyści są zmuszeni uwarunkowaniami, aby otwierać praktyki i takie praktyki zaczynają funkcjonować. Oczywiście praca w niecodziennych warunkach, sprawia, że jej koszt zdecydowanie rośnie. Ci, którzy przyjmują pacjentów, uwzględniają w cenniku koszt pakietu środków ochronnych i procedur zabezpieczających, a nie są to małe kwoty, bo często kalkulowane na poziomie 200 zł i wyższym. Działamy podobnie jak taksówkarze, którzy za trzaśnięcie drzwiami pobierają stałą opłatę. Oczywiście ta anormalna sytuacja zniknie wraz z zakończeniem okresu pandemii, jednak nikt nie jest w stanie podać konkretnej daty kiedy się to stanie, nie można nawet zgrubnie ocenić kiedy powrócimy do standardów obowiązujących w warunkach sprzed pandemii.

Prace zaczynają podejmować także świadczeniodawcy realizujący usługi stomatologiczne w oparciu o kontrakt z NFZ. Faktem jest, że mają oni do dyspozycji tak zwaną poduszkę w formie zaliczkowej wypłaty miesięcznej w wysokości 1/12 kontraktu. Ten kto zna taką formułę, dobrze wie, że w kolejnych miesiącach trzeba będzie oddać pobraną należność, wykonując zwiększoną liczbę świadczeń w bardzo krótkim okresie, a czym dłużej gabinet pozostanie w uśpieniu, tym trudniej będzie mu to zadanie zrealizować. Zresztą wśród świadczeniodawców istnieje obawa, i to całkiem nieirracjonalna, że w przypadku skorzystania z opcji zawieszenia działalności - dalsza współpraca z Funduszem może być, delikatnie to ujmując, nieco utrudniona.

Tak więc pacjenci z tygodnia na tydzień będą mieli coraz większe możliwości uzyskania pomocy stomatologicznej w nagłej potrzebie. Jako samorząd nie rekomendujemy prowadzenia zabiegów planowych, ale zgadzamy się całkowicie ze stanowiskiem Ministerstwa Zdrowia, że istnieje potrzeba leczenia pacjentów bólowych. Zresztą z kolejnymi tygodniami definicja takiego pacjenta będzie zapewne rozszerzana.

Ze stanu głębokiego niedowładu organizacyjnego, w jakim przychodzi działać lekarzom dentystom musimy wyciągnąć wnioski. Jeden jest taki. Należy wskazać ośrodek, który będzie miał pełną wiedzę na temat pracy wszystkich gabinetów stomatologicznych. Takie dane muszą być uzupełnione o możliwości koordynowania i kontrolowania pracy gabinetów stomatologicznych. Obecnie wiedza ta jest szczątkowa, dysponują nią po części izby lekarskie, po części urzędy wojewódzkie, po części publiczny płatnik. Koronawirus boleśnie zweryfikował zasadę, podług której kompetencje, odpowiedzialność i zadania są dość przypadkowo porozdzielane.