Sanacja ochrony zdrowia: jak w prywatnej, to nie w publicznej?

ms
24-01-2020, 09:49
Zakaz łączenia pracy w prywatnej i publicznej ochronie zdrowia mógłby być impulsem, który wyzwoli działania prowadzące do rzeczywistej naprawy publicznego lecznictwa – uważa przewodniczący OZZL Krzysztof Bukiel. Co na to lekarze dentyści?

Według przewodniczącego OZZL Krzysztofa Bukiela:
Łączenie pracy w publicznej i prywatnej ochronie zdrowia – samo w sobie – nie jest czymś nagannym. Jednak w konkretnej sytuacji, w jakiej jest obecnie publiczne lecznictwo w naszym kraju, takie łączenie pracy w obu sektorach rodzi określone zagrożenia i stanowi – bodaj czy nie największą - przeszkodę w skutecznej naprawie publicznej ochrony zdrowia. Istnieje bowiem niepisana zgoda większości zainteresowanych, aby obecny stan zachować.

Tymi zainteresowanymi są nie tylko lekarze dorabiający w prywatnych placówkach. To także dyrektorzy szpitali i rządzący, którzy – dzięki temu „dorabianiu” – mogą „zaoszczędzić” poważne kwoty na wynagrodzeniach lekarskich w publicznym lecznictwie. To także – paradoksalnie – pacjenci, którzy wizytę w gabinecie prywatnym profesora, ordynatora czy specjalisty pracującego w szpitalu – traktują jako „przepustkę” do szybszej, bezkolejkowej hospitalizacji. I nie jest tutaj ważne czy ta odpłatna wizyta rzeczywiście skraca kolejkę, czy i bez niej pacjent byłby przyjęty w odpowiednim czasie i leczony właściwie. Ważne jest przekonanie wielu chorych, że inaczej nie można.

Prywatna ochrona zdrowia stanowi też istotne odciążenie publicznego lecznictwa, zwłaszcza w zakresie ambulatoryjnej opieki specjalistycznej, w której kolejki są szczególnie długie. Dzięki temu wielu chorych nie doświadcza męki wielomiesięcznych (wieloletnich) kolejek do specjalistów, a rządzący nie odczuwają tak silnej presji na poprawę tego stanu rzeczy, jaką by odczuwali, gdyby nie było prywatnej alternatywy dla publicznego lecznictwa.

Ten stan – wydaje się - wszystkim odpowiada: Pacjent nauczył się leczyć prywatnie, gdy potrzebuje pilnej pomocy, lekarz ma możliwość dorobienia do klinicznej czy szpitalnej pensji, a rząd cieszy się, że problem kolejek jest jakby mniej widoczny. Nawet wyraźna „pokusa korupcyjna”, która musi wystąpić w takich warunkach zdaje się nikomu nie przeszkadzać.

Tkwimy – w ten sposób - w coraz większym teatrze pozorów pogłębiając patologię, która wszystkie strony prowadzi donikąd. Teoretycznie wszyscy o tym wiedzą, ale nikt nie chce ruszyć tego „śmierdzącego jaja”. Skutkiem tego stanu jest brak zainteresowania i brak presji, aby złą sytuację w publicznej ochronie zdrowia naprawić, aby uczynić ją wydolną, „bezkolejkową”, atrakcyjną dla lekarzy i pacjentów.

Dlatego zakaz łączenia pracy w prywatnej i publicznej ochronie zdrowia mógłby być impulsem, który wyzwoli działania prowadzące do rzeczywistej naprawy publicznego lecznictwa. Lekarz skupiony na pracy w jednym miejscu to gwarancja normalności i dla pacjenta, i dla lekarza. Aby tak się stało trzeba poprawić wiele elementów, a pierwszym z nich musiałaby być realna wycena pracy lekarza w publicznych placówkach. Czy rządzący zdecydują się na taki krok?