Czy obrazek ze stomatologią publiczną można ułożyć?

ms
25-03-2019, 09:10
Żenujący poziom finansowania stomatologii w wymiarze publicznym, więcej niż ubogi koszyk świadczeń gwarantowanych, wirtualny dentysta w szkole, dentobusy opatrzności, profilaktyka bardziej okazjonalna niż systemowa – to ocena, która w ustach przedstawicieli samorządu lekarzy dentystów brzmi jak mantra. Pytanie czy w ogóle możliwe jest obranie prawidłowego kursu dla stomatologii opatrzonej logo NFZ? Na to pytanie infoDENT24.pl odpowiedzieli Andrzej Cisło wiceprezes NRL i przewodniczący Komisji Stomatologicznej NRL oraz Jacek Kozakiewicz wiceprezes NRL.

infoDENT24.pl: Od długiego czasu wyliczamy niespójność, czasami wręcz niedorzeczność rozwiązań, w oparciu, o które ma być realizowana stomatologia w wymiarze publicznym. Krytyka to jedno, a wizja przystającego do rzeczywistości systemu - to drugie. Czy jest pomysł na wyjście z impasu i czy tym pomysłem może być na przykład umożliwienie pacjentom swobodnego wyboru gabinetu stomatologicznego, w którym leczono by w ramach powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego? 

Andrzej Cisło: Zerwanie ze sztywnymi kontraktami jest jak najbardziej słusznym postulatem. NRL od kilku kadencji bardzo wyraźnie wskazuje na opcję, w której świadczenia publiczne powinien udzielać każdy zainteresowany lekarz dentysta. Pieniądze, jakie NFZ przeznacza na realizowanie kontraktów na podstawie umowy z poszczególnymi świadczeniodawcami, trzeba byłoby przypisać każdemu uprawnionemu do korzystania z leczenia stomatologicznego.

Zapewne należałoby wówczas pomyśleć o karcie chipowej, na której pacjent miałby środki określone uzgodnionym limitem. Oczywiście, o ile taki limit miałby odpowiadać dzisiejszemu poziomowi finansowania usług stomatologicznych, a więc 45 - 52 zł rocznie, niewiele z tego wyniknie. Oceniam, że koszty wprowadzenia tego typu elektronicznych rozliczeń byłyby trudne do zaakceptowania przy obecnej wielkości nakładów na stomatologię. Byłby to przerost formy nad treścią.

Aczkolwiek – jeszcze raz potwierdzam – opowiadamy się za takim rozwiązaniem, gdyby się ono urzeczywistniło, bylibyśmy przeszczęśliwi. Zakończyłyby się wówczas dyskusje kto ma kontrakt, kto go nie ma. Sedno sprawy tkwi jednak w środkach, musiałyby one wzrosnąć kilkukrotnie, aby był sens przypisywać je do indywidualnego konta pacjenta.

Jacek Kozakiewicz: Pieniądze są zasadnicze i nie da się bez nich realizować celów zdrowotnych. W końcówce lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku w dyskusji nad  reformą ochrony zdrowia, którą animował między innymi profesor Zbigniew Religa - mówiono o potrzebach odpowiadających 11 proc. odpisom na ubezpieczenie zdrowotne, optymiści wskazywali na 14 proc., tymczasem poprzestaliśmy na 7,75 proc. Nie pozostało nic z postulatu profesora Religi dotyczącego kroczącego wzrostu składki o 0,25 proc. w skali roku.

Musimy doprowadzić do debaty publicznej dotyczącej sposobu zwiększenia puli środków finansujących ochronę zdrowia. Może to być wzrost publicznych nakładów, system dodatkowych ubezpieczeń, modyfikacja koszyka świadczeń gwarantowanych, czy efektywna forma zaangażowania pracodawców w partycypowaniu w tego typu obciążeniach. Zdrowie jest długofalową inwestycją i musimy traktować jego ochronę jak inwestycję.